*Caroline*
Do kuchni ponownie wszedł Louis. Nie potrafiłam teraz spojrzeć mu w oczy. Wybiegłam na korytarz, założyłam buty i rzuciłam się biegiem w stronę drzwi w pośpiechu zapinając kurtkę. Biegłam po nieośnieżonym trawniku wybierając najkrótszą drogę na ulicę. Przeskoczyłam zaspę i znalazłam się na oblodzonym chodniku.
-Caroline!
Odwróciłam się. W moją stronę powoli szedł Louis. Rozejrzałam się na boki, nie wiedząc, gdzie mam biec. W końcu obróciłam się w prawo i pobiegłam w nieznanym mi kierunku. No przecież. Ten cholerny lód musiał mi o sobie przypomnieć i wylądowałam na śniegu. Obok mnie stanął pasiasty i wyciągnął dłoń w moją stronę. Zignorowałam to. Wstałam i otrzepałam sukienkę i kurtkę ze śniegu. Chciałam iść dalej, ale Tomlinson złapał mnie za ramię. Wyszarpałam się z jego uścisku i odwróciłam twarzą w jego stronę. W oczach miałam łzy. Spuściłam wzrok na moje buty. W tej chwili są cholernie ciekawe.
-Możemy pogadać?
-Nie.
-Proszę.
Głośno wciągnęłam powietrze i spojrzałam na jego twarz.
-Nie.
-Chcę tylko znać odpowiedź na jedno pytanie. - spojrzał na mnie,upewniając się, że go słucham - czy to co wtedy mi powiedziałaś to była prawda?
-Prawda jest taka, że gdybym wiedziała, że byłeś trzeźwy to nigdy byś się o tym nie dowiedział. Nie chcę żebyś wiedział rozumiesz? Najlepiej o tym zapomnij. Uznaj, że ta rozmowa nigdy nie miała miejsca ok?
-Zapomnę. Pod jednym warunkiem. - co? on mi stawia warunki? - Przestaniesz traktować mnie jak śmiecia i spróbujesz się ze mną zaprzyjaźnić.
-To są dwa warunki. - Uniosłam lekko kąciki ust. On też się uśmiechał. Louis Tomlinson. Chłopak którego ponad rok traktowałam jak odrzutka. Którego kochałam i nienawidziłam jednocześnie, stał przede mną i po raz pierwszy szczerze się do mnie uśmiechał. Nie jestem w stanie opisać, co wtedy czułam.
-Co powiesz na przyjacielski spacer?
***Charlie***
Rączkę smyczy zawiesiłam na nadgarstku, naciągnęłam kaptur na głowę i włożyłam ręce do kieszeni mojej bluzy. Szłam powoli wzdłuż ciemnej ulicy z moim psem. Stanęłam pod domem Zayna i czekałam aż chłopak wyjdzie. Jak co wieczór miałam w planach iść na spacer z Zazą i naszymi psami. Drzwi jego domu otworzyły się a zza nich wybiegł Bary ciągnąc za sobą mulata.
-Cześć. - przytulił mnie.
-Miałabyś coś przeciwko gdybym zaszedł do sklepu? Mam ochotę na batona.
-Jasne, że nie. Popilnuję Barego i Lucky.
***
-Kupisz mi skittlesy? - Wyciągnęłam pieniądze z tylnej kieszeni spodni.
-Jasne.
Podałam mu gotówkę.
-Dzięki.
-Zaraz wracam.
Uśmiechnął się do mnie i wszedł do sklepu. Stanęłam pod daszkiem i obserwowałam ludzi uciekających przed deszczem. Nie widziałam w tym najmniejszego sensu. Nie ważne jak szybko by szli. I tak zmokną. Jeden mężczyzna z czarnym parasolem biegł chodnikiem, kiedy wypadł mu portfel. Dosyć gruby portfel. Zawiesiłam smycze na słupku obok budynku i podniosłam zgubę. Wow. Facet musiał być bogaty. Spojrzałam w kierunku gdzie biegł. Nie było go. Musiał zakręcić. Poszłam go poszukać. Stał przy aucie zaraz po zakręcie obok lasu. Miał na sobie okulary przeciwsłoneczne i kapelusz. Okulary? Wieczorem? Może jest niewidomy.
-To chyba pana. - Wyciągnęłam portfel w jego stronę.
-Ach, tak, musiał mi wypaść. Dziękuję. Zostaniesz ze mną?
-Nie, ja muszę iść.
-Zostań. - Złapał mnie za rękę.
-Niech pan mnie puści.- Wyswobodziłam się z jego uścisku i pobiegłam w stronę sklepu. Z samochodu obok wysiadł dobrze zbudowany mężczyzna z kapturem naciągniętym na głowę. Już prawie im uciekłam, ale "goryl" złapał mnie i przewiesił przez ramię. Tak bardzo się bałam.
-Puszczaj! - Biłam go i kopałam.
Drugi, w okularach, podszedł do mnie.
-Zamknij się albo zrobimy to tutaj. - Nie mając pojęcia co miał na myśli przestałam krzyczeć i cicho płakałam.
-Co mam z nią zrobić Will?
-To co ze wszystkimi. Do szopy.
Will podszedł do mnie i zawiązał mi oczy.
-Nie rycz maleńka. Zobaczymy się później. Czekaj na mnie.
*ból głowy, cisza i ciemność*
*czy ja umarłam?*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz